601 997 581
Łódź 1
Ilość osób:

dzięki uprzejmości Jarosława Paula z Yacht Club Tryton

 

z nurtem przygody

Rejs  w dniach od 20. 06. 2015 r. do 04. 07. 2015 r.

Planowany rejs Wielką Pętlą Wielkopolski doszedł do skutku i stał się faktem. Wprawdzie w zmniejszonym gronie bo 5-cio osobowym ale jak się okazało bardzo zgranym i zdecydowanym pokonać zaplanowaną trasę, liczącą ok. 700 km którą wcześniej przedstawiłem na stronie klubu. Rejs rozpoczęliśmy z małej przystani firmy czarterowej Horyzont znajdującej się nad jeziorem Gopło, w miejscowości Łuszczewo. Po przejęciu hausboota Weekend 820 z silnikiem zaburtowym YAMAHA F 30 BELT, o nazwie Horyzont 3 - pachnącego nowością bo zakupionego raptem dwa miesiące wcześniej - odpływamy od pomostu o godz. 16:00 ku kolejnej przygodzie – z nurtem przygody.

Na razie w czteroosobowej obsadzie, bo piąty członek załogi zamustruje za cztery dni w Poznaniu. Od bardzo sympatycznego bosmana, p. Mirosława (na zdjęciu powyżej - drugi od lewej) otrzymujemy niezbyt pomyślne informacje, dotyczące problemów załóg płynących przed nami. Z powodu niskiego poziomu wody na Warcie, wszystkie trzy załogi które wypłynęły wcześniej, uszkodziły śruby napędowe po wpłynięciu na płycizny których nie zauważyli. Nieuwaga ta kosztowała ich dosyć sporo bo 500,00 zł za jedną śrubę. My płyniemy na razie dużą i głęboką wodą i dopiero na następny dzień, jak wpłyniemy na Wartę, będziemy się martwić jak płynąć aby uniknąć takich kosztów. Bo to nie tylko pieniądze, ale strata co najmniej jednego dnia na dostarczenie i wymianę nowej śruby. Na jachcie takiej części nie posiadamy. Po jednej godzinie, z jeziora Gopło wpływamy do Kanału Ślesińskiego, zwanego również Kanałem Warta – Gopło. Cały kanał na którym są cztery śluzy, łączy razem pięć jezior. Po pokonaniu pierwszych dwóch śluz wpływamy na jezioro Czarne, następnie j. Ślesińskie, j. Mikorzyńskie, j. Wąsowskie na którym przy pomoście Konińskiego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli w Wąsoszach cumujemy na pierwszy nocleg. W Ośrodku odbywa się jakaś Kurso-konferencja ale gościnni gospodarze pozwalają nam skorzystać z łazienki i sanitariatów za przysłowiowe dziękuję. Woda w jeziorze bardzo ciepła, nie mamy termometru ale na „oko” ma ok.30°C. Tak wysoka temperatura wody spowodowana jest specyficznym systemem chłodzenia tutejszych elektrowni. Rano, następnego dnia, wyruszamy w dalszą drogę. Przepływamy pod mostem drogowo – kolejowym i wpływamy na Jezioro Pątnowskie. Po wschodniej stronie jeziora widoczne jest Jezioro Licheńskie i Bazylika Licheńska. Niestety jezioro to jest niedostępne dla żeglugi, więc Bazyliki tym razem nie zwiedzimy. Może w drodze powrotnej? Z Pątnowskiego wpływamy w kolejny odcinek kanału na którym mamy do pokonania dwie śluzy: śluza nr 2 Pątnów i śluza nr 1 w Morzysławiu. Po pokonaniu obu stopni wodnych wpływamy na rzekę Warta na której doznamy wielu wrażeń pokonując liczne zakola, przymuliska i przemiały. Pierwsze kilometry wskazują że droga nie będzie łatwa. Dopływamy do Konina i pomimo znacznych inwestycji na Bulwarach Nadwarciańskich nie widzimy żadnego dogodnego miejsca do zacumowania. Poziom wody jest tak niski że dojście do pomostów jest niemożliwe z powodu wystających kamieni, mułu i innych przeszkód. Ponieważ zaopatrzenie mamy wystarczające płyniemy dalej, zostawiając Konin za rufą. Trzymając się nurtu płyniemy od brzegu do brzegu uważając na kamienne ostrogi które miejscami wychodzą daleko w koryto rzeki. Aby uniknąć zahaczenia śrubą o dno rzeki, zwłaszcza na przemiałach, podnosimy śrubę napędową tak aby silnik miał pełne chłodzenie a jacht pełną sterowność. Ponieważ płyniemy z biegiem rzeki, nie ma to większego wpływu na naszą prędkość. Dzięki temu zabiegowi unikamy niemiłych niespodzianek. Płyniemy spokojnie osiągając prędkość ok. 12km/h. Płynięcie z większą prędkością mogłoby być niebezpieczne, ponieważ często przeszkodę dostrzegamy w ostatniej chwili i mogłoby być za późno na odpowiednią reakcję. Musimy być bardzo uważni i skoncentrowani, dlatego po kilku godzinach płynięcia jesteśmy wszyscy naprawdę bardzo zmęczeni. Założyliśmy że dziennie musimy przepłynąć ponad 50 km aby pokonać całą trasę w dwa tygodnie a przecież chcemy jak najwięcej zwiedzić, na co musimy przeznaczyć część dnia. Nocą nie wolno płynąć bo żegluga jest zabroniona a ponadto byłaby to skrajna nieodpowiedzialność. Wykorzystujemy każdą okazję aby uzupełnić zapas benzyny jeżeli w pobliżu jest stacja paliw. Płyniemy dalej i około godz. 19:00 dopływamy do małej przystani TTW „Perkoz” w Pyzdrach.

Po zacumowaniu idziemy na małe zakupy i zwiedzić to małe miasteczko. Miasteczko oferuje aż 11 obiektów wartych zwiedzenia, w tym dwa kościoły ( w przeszłości było ich aż siedem ) z których jeden wchodzi w skład zespołu klasztornego franciszkanów w którym mieści się Muzeum Regionalne. Niestety, ze względu na późną porę, obiekty te są zamknięte i musimy się zadowolić oglądaniem ich tylko z zewnątrz. Rano musimy płynąć dalej i o godz. 10:00 żegnamy Pyzdry. Płyniemy bez większych niespodzianek przez sześć godzin, cumując na nocleg w nowej przystani w Śremie, zlokalizowanej przy przepompowni. Pomimo deszczowej pogody, dwóch kolegów idzie po paliwo do odległej o ok. 1km stacji paliw. Korzystamy oczywiście z będących na przystani sanitariatów i po kolacji przy małym „co nieco” wspominamy przebytą drogę i omawiamy trasę na następny dzień. Następnego dnia rano, po śniadaniu, wypływamy w dalszą drogę, z zamiarem dopłynięcia do Poznania. Cumujemy w Starym Porcie w Poznaniu o godz. 16:20 gdzie spotyka nas duże rozczarowanie istniejącą infrastrukturą portową. W zasadzie nie mamy gdzie zacumować, w bardzo dużym basenie portowym, z dwoma małymi pomostami. Przy jednym stoją dwa stateczki turystyczne a przy drugim, jak się okazuje przeznaczonym dla żeglarzy, brak miejsca aby wygodnie zacumować. Próbujemy się gdzieś „przylepić” aby tylko przenocować ponieważ wczas rano, 24 czerwca, dojedzie Jurek – piąty członek załogi. W trakcie cumowania do czoła pływającego pomostu, pojawia się człowiek który nas serdecznie wita. Przedstawia się jako bosman przystani, a właściwie pomościku niewiele większego niż nasz na Sosinie. Przy jego pomocy, przestawiając kilka sprzętów pływających (kajaki, motorówka, jakaś tratwa) cumujemy wzdłuż pomostu, przy jego końcu.

Siedziba bosmanatu portu mieści się w przyczepie campingowej N126. Na pomost można się dostać schodząc po stromej, trawiastej skarpie, bardzo śliskiej bo przez cały dzień padał deszcz. Żadnych sanitariatów w porcie, nie licząc oczywiście jednej toj-tojki znajdującej się w odległości ok. 200 m od portu, do której w drodze wyjątku dostajemy klucz, który możemy oddać przed wypłynięciem. Brawo władze wojewódzkiego miasta Poznań. Tylko tak trzymać. Po co mieć kłopot z jakimiś tam włóczącymi się wodniakami. Ta „bogata” oferta na pewno ich odstraszy i dadzą wam spokój. Nie będą przypływać. Niech z nimi kłopoczą się inni. Taka chyba logika przyświecała WIELKIM z poprzedniej ekipy, która podobno tylko myślała jaki teren jeszcze sprzedać pod kolejny market. Po ostatnich wyborach samorządowych, nowe władze podobno zmieniły poglądy w tym temacie i ma się coś robić. Dobrze że małe miejscowości i gminy nie biorą z Poznania przykładu i na miarę ich możliwości i „wychodzonych” środków z UE budują przystanie nad Wartą i Notecią. Jest również sporo prywatnych miejsc gdzie można przycumować i porozmawiać z gościnnymi gospodarzami. Zobaczymy, na razie w Starym Porcie, po wielu staraniach, zezwolono kilku entuzjastom postawić pomost przy którym stoimy. Po zacumowaniu idziemy zwiedzać Starówkę. Trykających koziołków na ratuszu nie zobaczymy bo one robią to tylko w południe. W „ogródku” przy jednej z licznych restauracji, wypijamy po piwku i idziemy na jacht bo zrobiło się zimno i zaczął lać deszcz. Następnego dnia o godz. 7:00 rano, budzi nas Jurek, który dotarł do nas spacerkiem z dworca kolejowego. Po wcześniejszym śniadaniu idziemy na drugą stronę Warty aby zwiedzić, znajdującą się na Ostrowie Tumskim, Bazylikę Archikatedralną św. Apostołów Piotra i Pawła. Zwiedzanie Bazyliki oraz jej podziemi, gdzie odsłonięte zostały stare fundamenty pierwszych budowli sakralnych, zrobiło na nas duże wrażenie. Polecamy wszystkim, którzy odwiedzą Poznań, zwiedzenie Bazyliki i przy okazji sprawdzenie czy w Starym Porcie nastąpiły jakieś pozytywne zmiany. Przed nami jeszcze wiele kilometrów drogi wodnej do pokonania, no i 24 śluzy, więc około południa wyruszamy w dalszą drogę. Po pokonaniu 57 km, ok. godz. 16:50 cumujemy w przystani Stobnica.

Przystań jest właściwie tylko z nazwy bo brak w niej nawet najmniejszego pomostu przy którym można by stanąć. Stajemy, dobijając do brzegu, przy którym na szczęście dno jest ilaste, a brzeg stromy, więc po wysunięciu teleskopowej drabinki dziobowej możemy suchą nogą wyjść na brzeg. W ten sposób cumują już cztery barki mieszkalne. Na brzegu jest wiata, punkt czerpania wody pitnej, gniazdo prądowe 230V, miejsce na ognisko i drewniana, rozpadająca się ubikacja. Opiekun przystani jest tak uprzejmy że pozwala nam korzystać z jego domowej łazienki. Do Santoka, gdzie Noteć wpada do Warty, mamy jeszcze 120 km. Po krótkim spacerze przez wioskę i małych zakupach w lokalnym sklepiku, siadamy do kolacji i przy małym „co-nieco” oddajemy się wspomnieniom i planujemy następne wyprawy. Następnego dnia rano (25 czerwiec) odbijamy od brzegu z zamiarem dopłynięcia do Międzychodu. Płyniemy dosyć szybko bo od Poznania Warta ma dużo lepsze warunki żeglugowe i nawigacja po niej jest łatwiejsza. Nieliczne przeszkody denne w postaci rumowisk czy raf kamiennych są dosyć dokładnie opisane w aktualnym komunikacie RZGW Poznań. Po drodze Zielonagóra, gdzie zatrzymaliśmy się po paliwo, a na 10 km przed planowanym postojem zatrzymujemy się w Chorzępowie, na wcześniej zamówione pierogi u pana Grzegorza. Zjadamy po solidnej porcji serwowanej przez szanowną małżonkę p. Grześka i stwierdzamy że warto było tu zawitać aby zaliczyć takie smakowitości. Przekaz poprzedników o tym specjale znalazł potwierdzenie w rzeczywistości. Największą korzyść z tego postoju ma nasz kuk, kol. Rysio, bo nie musiał wymyślać co zaserwować na obiad. O godz.17:50 cumujemy w przystani Międzychód. Idziemy „na miasto” aby trochę pooddychać „świeżym powietrzem”. Miasteczko sympatyczne ale po godzinie 18:00 nie zrobimy żadnych zakupów, bo sklepy spożywcze już pozamykane. Pozostała nam tylko mała przechadzka uroczymi uliczkami i kufelek złocistego płynu w małej knajpce. Przed nami do pokonania 60-cio kilometrowy, ostatni odcinek Warty, na który wypływamy rano 26 czerwca. Bez większych przeszkód dopływamy do Santoka, cumując przy dalbach cumowniczych, w niby przystani, znajdującej się na prawym brzegu Noteci. Miejsce to na pewno nie jest przystosowane dla takich jednostek jak nasza, bo „pomościki” łączące dalby z brzegiem są co najmniej metr wyżej niż wyjście z Weekenda 820. Dobrze że zwisa z nich pionowa drabinka po której dostajemy się na górę. Natomiast na brzegu znajduje się całkiem przyzwoite pole biwakowe. Jest tutaj wiata z grillem, miejsce na ognisko, plac zabaw dla dzieci, pełny sanitariat z ciepłą i zimną wodą i prysznicem, a wszystkie obiekty połączone wybrukowanymi alejkami. Ponieważ na przystani brak jest jakiejkolwiek obsługi, robimy więc rozeznanie gdzie się co znajduje i jak się dostać do sanitariatów które są zamknięte. Na szczęście zamknięcie jest tylko pozorne i robiąc małe „hokus-pokus” dostajemy się do środka. Woda jest gorąca więc korzystamy z prysznica. Robimy następnie mały spacerek przez wioskę i dzięki uprzejmości pani opiekującej się lokalnym muzeum zwiedzam go z Jurkiem, wysłuchując jednocześnie historii związanej z eksponatami znajdującymi się wewnątrz. Na zdjęciu poniżej widać miejsce gdzie Noteć wpada do Warty (z lewej Noteć, z prawej Warta).

Następnego dnia płyniemy już w górę Noteci, z zamiarem dotarcia do pierwszej dla nas śluzy, śluzy nr 22 Krzyż (numeracja śluz prowadzona jest od Bydgoszczy w dół Noteci).Nurt Noteci od ujścia do śluzy Krzyż jest dosyć szybki i prędkość nasza spada do 6-7 km/h. Czeka nas dwa razy dłuższe płynięcie niż z nurtem Warty. Na szczęście to tylko 50 km, bo od śluzy Krzyż Noteć jest rzeką uregulowaną, a właściwie skanalizowaną. Piętnaście śluz, które wybudowano na całej jej długości, spowodowały że jest utrzymywana pełna głębokość żeglowna nawet dla dużych jednostek, a Narew płynie z tak małą prędkością że bez problemu osiągamy pod prąd 10km/h. Pokonujemy pierwszą śluzę i po przepłynięciu jeszcze ok. 2 km cumujemy w małej ale bardzo nowoczesnej, z pełną infrastrukturą, przystani Yndzel w Drawsku. Ku naszemu zdziwieniu, nie płacimy ani złotówki za postój i korzystanie z sanitariatów. Bardzo gościnny bosman wyjaśnia nam, że jeszcze przez dwa lata będzie wszystko darmowe, gdyż przy dofinansowaniu z UE takich obiektów, w kwocie przekraczającej 50% wartości projektu, przez pięć lat nie mogą być pobierane żadne opłaty za korzystanie z nich. Tak więc korzystamy do woli z ciepłej wody pod prysznicem jak również z zaproszenia przez miejscowych wodniaków do wspólnej biesiady. Wypływamy z Drawska 28 czerwca (niedziela) i po pokonaniu sześciu śluz, mijając po drodze kolejny na tej trasie prom górno linowy, docieramy do Czarnkowa. Cumujemy w dawnym basenie PBW gdzie powstała wspaniała Marina Czarnków. Również tutaj pobyt nasz jest darmowy ponieważ marina została wybudowana dzięki dofinansowaniu z UE. Bosman przystani wskazuje nam dogodne miejsce postoju i oprowadza nas po obiekcie z dumą prezentując wszystko czym dysponują. Uzupełniamy paliwo, ponieważ stacja paliw jest bardzo blisko i idziemy na miasto. Miasteczko bardzo zadbane, z ciekawą fontanną na rynku, odnowionymi kamieniczkami i kilkoma punktami małej gastronomi, z której chętnie korzystamy aby troszkę przepłukać - złocistym płynem - zaschnięte gardła. Następnego dnia żegnamy się z Czarnkowem i przeskakujemy dalej ze śluzy na śluzę, pnąc się w górę Noteci.

drodze mijamy się z małżeństwem z Mysłowic płynących kajakiem do Paryża. Tak to nie pomyłka, płynęli kajakiem do Francji. Wprawdzie wspomagali się 2,5 KM silniczkiem ale warunki żeglugowe ich a nasze?... nie ma co porównywać. Pełny „szacun” dla ich wytrwałości i wzajemnego zrozumienia w pokonywaniu wszelkich niedogodności i trudów wyprawy. Po powrocie do domu wyszukałem informacje o ich wyprawie. Okazuje się że całą eskapadę rozpoczęli w Mysłowicach, wodując kajak na Przemszy 20 czerwca, w tym samym dniu w którym my wypłynęliśmy z Gopła. Zakończyli swoją przygodę 23 lipca w Paryżu, pokonując trasę liczącą 2,5 tys. kilometrów. Po krótkiej wymianie informacji o wzajemnych wyprawach, każdy płynie w swoim kierunku.

My płyniemy dalej w górę Noteci, pokonując kolejną śluzę – śluzę nr 11 Krostkowo. Śluza ta jest unikatem w skali europejskiej i jedyną taką na rzece. Konstrukcja jej jest ziemno - faszynowa a nie betonowa. Na zdjęciu (poniżej) dokładnie widać konstrukcję „komory” śluzy. Następną śluzą jest śluza Gromadno którą przepływamy już po godzinie osiemnastej dzięki uprzejmości śluzowego, który pozwala nam przenocować przy śluzie. Okazuje się że przesympatyczny śluzowy wraz z małżonką prowadzą spore gospodarstwo rolne i zaoferowali nam własne wyroby nabiałowe. Smak wyrabianego przez nich masła, sera, jajek i świeżego mleka, prosto z porannego udoju, przypomniał nam jak takie wyroby smakowały w czasach naszej młodości. Przed śluzą zatrzymali się również motorowodniacy z Warszawy którzy kupili barkę w Holandii i płynęli nią na Zalew Zegrzyński. Wieczór spędzamy wspólnie na pokładzie naszego Weekenda, wymieniając doświadczenia z rejsów. W zamian za gościnę dostajemy sześć okazałych ryb które złowili w Noteci. Dalsza trasa przebiega bez większych problemów, nie licząc oczywiście bogatej roślinności wodnej która owija się na śrubę zmniejszając zdecydowanie naszą prędkość, a czasami zatyka wlot wody chłodzącej silnik. Uwalniamy się od tych wodorostów wrzucając „bieg” wsteczny, ale gdy brak jest chłodzenia silnika, musimy najczęściej się zatrzymać, podnieść silnik i oczyścić wlot wody. Na noc tym razem zatrzymujemy się na „dziko” przy dużej polanie pod lasem. Jest wydzielone miejsce na ognisko z którego oczywiście korzystamy, jest prowizoryczny stół i siedziska zrobione z palet drewnianych. Na kolację serwujemy sobie rybki które dostaliśmy od warszawiaków, biesiadując przy dużym ognisku i napoju złocistym. Rano, 01 lipca, doprowadzając miejsce biwakowe do należytego porządku, wyruszamy w dalszą drogę z zamiarem dopłynięcia do Pakości. Po drodze zatrzymujemy się w nowej marinie w Nakle n/Notecią, która została oddana rok wcześniej. Zakup paliwa w pobliskiej stacji paliw, krótki rekonesans po mieście, drobne zakupy „spożywki” i ruszamy w dalszą drogę. Szkoda że musimy płynąć dalej bo warunki na dłuższy postój są tutaj wspaniałe. Po pokonaniu śluzy nr 7 Józefinki wpływamy na Kanał Bydgoski, z którego po kilkunastu kilometrach skręcamy w prawo, w kanał Górnonotecki, płynąc na południe. Po kilku godzinach jesteśmy wszyscy bardzo zmęczeni i usilnie rozglądamy się za dogodnym miejscem postoju. Płyniemy znowu Notecią, która na tym odcinku nosi nazwę Noteć Górna. Dopływamy do jeziora Mielno na którym w oddali dostrzegamy las masztów. Z oddali wygląda to na dużą przystań. Przeglądamy jeszcze raz naszą locję i przewodniki ale żadnej wzmianki o jakimkolwiek ośrodku żeglarskim nie ma mowy. Najbliższy ma być dopiero w Pakości. Mimo braku informacji zdecydowaliśmy się tam popłynąć, licząc na gościnnych gospodarzy. Okazało się że decyzja była słuszna ponieważ jest to przystań YC INOWROCŁAW w Łącku k/Pakości. Cumujemy przy pomoście przy którym po przeciwnej stronie cumuje identyczny jak nasz Weekend 820 tyle tylko że pływają nim Inspektorzy Żeglugi Śródlądowej. Mamy więc miłe towarzystwo. Zgłaszamy się u bosmana który po przyjściu do nas inkasuje całe 20,00 zł w której to opłacie mamy postój przy pomoście, toalety, Internet bezprzewodowy, prąd i wodę na kei, ognisko z podnoszonym rusztem na brzegu. O takich cenach na Mazurach można tylko pomarzyć. Na WPW jest to prawie standard. Czasami za prysznic jest dodatkowa opłata, ale nie wszędzie. Miło pogawędziliśmy z bosmanem, rozpaliliśmy ognisko i na ruszcie zrobiliśmy kolację. Po małym „co nieco” na śniadanie wyruszamy w dalszą drogę. Celem naszym jest Kruszwica ze słynną wieżą, w której wg legendy, myszy zjadły Popiela. Po pokonaniu ostatniej na naszym szlaku śluzy Pakość dopływamy do j. Gopło.

Opływamy półwysep i cumujemy w przystani LOK-u, gdzie mieści się Klub Żeglarski „Popiel”. Rejs nasz pomału dobiega końca. Ponieważ jest już późne popołudnie więc pozostajemy na ośrodku, oddając się w ręce Bachusa w tutejszym barze. Następnego dnia, po śniadaniu, udaliśmy się w kierunku Mysiej Wieży aby sprawdzić czy myszy jeszcze tam rządzą. Myszy żadnej nie zobaczyliśmy nawet w podziemiach Ekspozycji Archeologicznej. Podobno gdzieś się ukryły i czekają aby zaatakować tych co się sprzeniewierzą. Pomimo tego warto zwiedzić wzgórze zamkowe z jego wieżą, resztkami ruin zamku i murów obronnych. Całość obiektu i terenu bardzo zadbana. Następnie poszliśmy zwiedzić Kolegiatę Piotra i Pawła. No ale mogliśmy wejść tylko do bocznego przedsionka z którego zrobiliśmy kilka zdjęć wnętrza. Jest to jedyny obiekt sakralny, a zwiedziliśmy ich kilkanaście, który był zamknięty dla wiernych i turystów, pomimo ujęcia go w przewodnikach jako atrakcja turystyczna. Widocznie proboszcz nie lubi swoich parafian, no i turystów którzy przecież w większości też wchodzą się pomodlić. W ogóle to Kruszwica jest sympatycznym miasteczkiem, czystym i zadbanym, gdzie na każdym kroku widać że ma dobrych gospodarzy. Jest już 3 lipiec więc po obiedzie musimy myśleć o opuszczeniu gościnnej przystani Żeglarskiego Klubu Popiel w Kruszwicy. Oddajemy cumy i płyniemy w dół j. Gopło. Płyniemy spokojnie, nie spiesząc się, ponieważ do przepłynięcia mamy niecałe 20 km a pogoda nas rozleniwia. Po godzinie szesnastej dostrzegamy przystań, z której dwa tygodnie temu rozpoczynaliśmy naszą przygodę z Wielką Pętlą Wielkopolski. Jest słonecznie i bardzo ciepło więc dobijamy do przeciwległego brzegu, gdzie dno jest piaszczyste i łagodnie opada w jezioro.

Warunki do kąpieli są wymarzone więc nie zastanawiamy się długo tylko realizujemy rzucone przez kogoś hasło. Woda wspaniała, czysta i ciepła. Czujemy się jak nowonarodzeni i w bardzo dobrych nastrojach. Po chwili cumujemy do pomostu przystani Horyzont w Łuszczewie. Bosman witając nas oznajmia zarazem że jesteśmy pierwszą załogą która opłynęła WPW nie uszkadzając śruby napędowej. Jedna z załóg płynąca przed nami wymieniła ich aż trzy. W dowód uznania dla naszych umiejętności, małżonka bosmana obiecała zrobić pieczonki. Nie muszę chyba zapewniać że zaproszenie na taką kolację bardzo nas ucieszyło i dodatkowo podniosło nasze ego. Pieczonki były wspaniałe a cały wieczór przebiegł w sympatycznej atmosferze przy „małym co nieco” i opowieściach o przygodach wytrawnych „matrosów”. Wszystko jednak wcześniej czy później się kończy, tak i nasza wyprawa z nurtem przygody Wielką Pętlą Wielkopolski właśnie dobiegła końca. Ostatnia noc na wodzie, a rano pakowanie osobistego ekwipunku no i generalne sprzątanie tak aby oddać jacht w takim stanie w jakim go odebraliśmy. Jacht został odebrany przez bosmana bez zastrzeżeń. zjadamy jeszcze późne śniadanie, wymieniamy pożegnalne uściski z bosmanem, jego rodzinką i w drogę do domu. W drodze powrotnej postanowiliśmy jeszcze zwiedzić, wspomnianą na początku relacji, Bazylikę Licheńską. Po półtorej godzinie zwiedzania ruszamy w drogę, bo przed nami sporo kilometrów do pokonania.

Reasumując nasz rejs, mogę tylko wszystkich którzy lubią nowe wyzwania i odkrywać nie poznane jeszcze miejsca, a zarazem uciec od tych zatłoczonych, zachęcić do takiej wyprawy. Najlepiej byłoby zaplanować ją na trzy tygodnie, bo pozwoliłoby to na zwiedzenie więcej ciekawych miejsc i dłuższe obcowanie ze wspaniałą przyrodą. Może armatorzy zrozumieją że w obecnych czasach nie wiele osób może sobie pozwolić na dłuższy niż tygodniowy urlop, a też chcieliby przepłynąć całą pętlę. Jest na to prosty sposób, co już sugerowałem właścicielowi firmy Horyzont, a mianowicie robić zmiany załóg na trasie. Zwracanie jachtu do miejsca wypłynięcia skraca co najmniej o połowę dystans który można by przepłynąć, no i dwa razy robimy tą samą trasę. Następną sprawą to wzięcie się wreszcie do pracy wszystkich służb odpowiedzialnych za utrzymanie szlaków żeglownych. Myślę że nikt odpowiedzialny z RZGW nie kontroluje regularnie dróg wodnych, bo musiałby jakoś reagować na istniejące utrudnienia w żegludze, chociażby takie które opisałem powyżej. Może coraz większy udział cudzoziemców w eksplorowaniu naszych dróg wodny zmobilizuje odpowiedzialnych za ich utrzymanie lub wymusi na nich odpowiednie działania. Jeszcze raz zachęcamy wszystkich żeglarzy a zwłaszcza motorowodniaków do naśladowania nas. Służymy chętnie wszelkimi radami, uwagami i pomocą w organizacji takich rejsów, ponieważ mamy doświadczenie z dwóch wypraw, a trzecią właśnie organizujemy. Następną wyprawę planujemy KANAŁEM AUGUSTOWSKIM z Augustowa do GRODNA na Białorusi. 

więcej zdjęć z WPW w Galerii    -   http://warta-goplo.pl/index.php/galeria

W rejsie wzięli udział:   Jarosław Paul, Adam Bednarski, Jerzy Radomski, Fryderyk Paul, Ryszard Parszywka

Relację z rejsu Wielką Pętlą Wielkopolską przygotował: Jarosław Paul

Zdjęcia: Jerzy Radomski i Ryszard Parszywka

 

Wyszukaj Łódź

  13.12.2017 Ferienhaus Ostsee